Wróciła z Ischgl z koronawirusem! Polska lekceważy miejsce, z którego wirus zaraził 1/3 Skandynawii

Wróciła z Ischgl z koronawirusem! Polska lekceważy miejsce, z którego wirus zaraził 1/3 Skandynawii

Jestem zakażona koronawirusem i nikt w Głogowie nie reaguje! - mówi 28-letnia Anna, która kilka dni temu wróciła z miasteczka Ischgl w Austrii, gdzie pracowała w jednym z barów w tej narciarskiej, alpejskiej miejscowości. Pozytywny test potwierdził telefonicznie austriacki lekarz, a gdy to zaraz zgłosiłam telefonicznie do głogowskiego sanepidu, to kazali mi dostarczyć dowód na to, że faktycznie jestem zakażona. Żałuję, że wróciłam do Polski – mówi portalowi glogow.naszemiasto.pl 

Kilka dni temu, 15 marca, na naszych łamach informowaliśmy o tym, że Ischgl jest "wylęgarnią" ogromnej liczby przypadków koronawirusa w Niemczech i krajach skandynawskich. Cały proces opisaliśmy w artykule "Koronawirus. Zbadaj się, jeśli byłeś na nartach w austriackim Ischgl". W Polsce nikt się tym nie interesuje. Nikt nie wzywa tych, którzy do 8 marca przebywali w tej lub okolicznych miejscowościach do kontaktu ze służbami epidemiologicznymi. Polskie władze sanitarne nie mają pojęcia o skali zjawiska. Nie wiedzą, ilu polskich turystów przebywało na przełomie lutego i marca w tej bardzo popularnej wśród narciarzy miejscowości. Nie interesują sie też powracającymi z Ischgl Polakami, którzy tam pracowali.

W sieci odnajdujemy relację Polki, która pracowała w jednym z barów w austriackim Ischgl. Przytaczamy relację 28-letniej Anny za portalem glogow.naszemiasto.pl . 

Kłopoty Anny zaczęły w ubiegłym tygodniu, gdy z powodu lawinowo rosnącej liczby zakażonych (obecnie to już ponad 4 tys. osób), burmistrz miasteczka postanowił zamknąć wszystkie hotele i lokale gastronomiczne. W jednym z barów pracowała sezonowo pani Ania. Zostaliśmy z dnia na dzień bez pracy, na dodatek coraz gorzej się czułam – opowiada. - Na początku myślałam, że to zwykła grypa, bo była gorączka, nie mogłam wstać z łóżka i wszystko mnie bolało.

Kiedy w pracy coraz więcej ludzi się rozchorowało, w czwartek, 12 marca, Anna, jak niemal wszyscy współpracownicy, zgłosiła się na test. I go zrobiła, ale ze względu duża liczbę badanych, na wyniki kazano jej czekać. Dzień później władze miasta wydały zarządzenie, że kto w ciągu jednego dnia nie wyjedzie z miasta, ten musi zostać.
- Zostałam bez pracy, bo przecież wszystko już było pozamykane. Nikt nie wie, jak długo to wszystko potrwa, więc zdecydowałam, że wracam do domu, do Głogowa – opowiada młoda kobieta. - Zabrałam się z parą klientów do Niemiec.

Pani Anna, czując, że jednak może być zakażona groźnym wirusem, postanowiła jechać dalej, do Polski w niedzielę. - Bo ogłoszono, że każdy, kto przekracza granicę, będzie sprawdzony, czy nie jest chory i poddany kwarantannie. Miałam nadzieję, że w razie czego będę już pod opieką w swoim kraju. Ale bardzo się rozczarowałam – dodaje. - I to był błąd.

Po dwóch dniach spędzonych w hotelu, Anna wyruszyła autokarem rejsowym Sidnbad z Frankfurtu nam Menem w niedzielę o godz, 20 licząc, że będzie w Zielonej Górze o 8 rano następnego dnia. Do domu w Głogowie dotarła w poniedziałek wieczorem, po 24 godzinach podróży, w tym osiem godzin stania pół kilometra przed granicą. - W Okmianach miałam przesiadkę do busa, którym dotarła do Zielonej Góry, a ostatni etap pociągiem.

- Przyjechałam do pustego mieszkania, bo uprzedziłam rodziców, że mogę być chora – przyznaje pani Anna. - Przejazd przez granicę był dla mnie kpiną. Nikt mnie o nic nie pytał, nie było żadnego wywiadu, czy jestem chora. Zmierzyli tylko temperaturę i dali kartkę z informacją o kwarantannie. Do dziś, a mamy już czwartek, nikt mnie nie skontrolował w mieszkaniu.

O pozytywnym wyniku testów na koronawirus została powiadomiona, 19 marca po godzinie 17. Powiadomił ją telefonicznie lekarz z Austrii. Glogowianka niezwłocznie obdzwoniła wszystkie możliwe infolinie, by to zgłosić. - Niestety, nikt się tym nie przejął – mówi kobieta. - W rozmowie z kimś z głogowskiego sanepidu, usłyszałam, że najgorsze mam już za sobą, a tak w ogóle to po co wracałam. Kiedy się upierałam, że może powinni mnie dać na listę chorych, to pani powiedziała, że powinnam dostarczyć wyniki badań. No przecież ich nie mam! Powiadomiono mnie telefonicznie.

Pani Anna przyznaje, że nie wychodzi z domu, bo zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem jest dla innych. Pomaga jej starsza ciocia mieszkająca po sąsiedzku, która truchleje ze strachu na myśl o konsekwencjach. - I wciąż nie wiem, czy ktoś w Polsce mnie zbada na obecność koronawirusa, czy już … najgorsze mam za sobą. Straciłam węch i smak, nie wiem, czy to przez tego wirusa – dodaje.
Próbowaliśmy się dowiedzieć w sanepidzie, czy Anna została ujęta jako zakażona czy podejrzana. Poinformowano nas, że … powinna dostarczyć wyniki testów. I tak ma przebywać na kwarantannie, więc nie wolno jej wychodzić z mieszkania - pisze głogowski portal.

 

 

Ostatnio edytowane sobota, 21 marzec 2020 18:03
powrót do początku

Parlament Europejski

Grupy parlamentarne

Komisja Europejska

Rada Europejska

Europosłowie